O Aresie, psie adoptowanym z naszego schroniska, pan Tomasz pisze tak:

„Dzisiejszego dnia uśpiony został Ares. Pies, który jak to zwykle bywa nie został zaplanowany. Pojechaliśmy po innego, wróciliśmy z nim. Dokładniej to on wybrał mnie: jego mądre spojrzenie oraz uszy „a la miś uszatek” i wiedziałem, że to on jest tym jedynym.
Nie szczekał, a przy samym wyjściu małe dziecko postanowiło sprawdzić, czy jego uszy da się urwać. „Ostatni test czy go weźmiemy”- śmiałem się do rodziców. Test zdał celująco. Wygrałeś bilet na loterii stary cwaniaku. Niczego mu nie brakowało przez przeszło rok życia z nami, a jego osiągnięcia są niewyobrażalne jak na psa, który gdyby nie został zabrany, to czekałaby go przedwczesna śmierć:
– wyjazd w Alpy,
– zobaczył Morze Bałtyckie (woda mu nie zasmakowała),
– w trakcie dnia kilkukrotne spacery (musiał być wyszczekany przez wszystkie wioskowe psy, inaczej nie wróciłby do chaty… zawsze był głupkowato uśmiechnięty gdy osiągnął swój cel),
– doczekał się określenia owczarek rumuński, bo potrafił wszystko wyżebrać! (chyba, tylko ja potrafiłem się oprzeć jego goebbelsowskim zagrywkom… kilka razy),
– zanim do nas trafił walczył z nowotworem jąder (który wygrał), ale to mu nie przeszkadzało zgrywać samca alfa przy suczkach, które strasznie do niego lgnęły (prawdziwy macho).
No ale jednak rak wrócił i w dość krótkim czasie zaczął źle się czuć, miał problemy z chodzeniem… Choć widać było, że bardzo chce żyć (to dzięki silnym tabletkom). Dzisiaj będzie smutny dzień.”